komudzwonia.pl

wtorek, 24 stycznia 2017

Wlewki


Wlewki


    Kiedyś podczas zajęć,jako ciekawostkę, terapeuta przeczytał im artykuł, na temat wlewek do odbytniczych. Ubaw był po pachy i ogólny, na sali gromki śmiech, a on siedział tam nie wiedząc i gubiąc się gdzie jest?
    Mi już, nie o alkoholu smak chodziło, nie o alkoholowy aromat, nie o zabawę przy jego konsumpcji i kobiety z którymi łatwiej było, niż gdy jego, było brak. Nie o szum w głowie czy pojawiający się strach, że zahamowań może być już, jakichkolwiek po nim brak. Nadal bawiłem się swoim życiem, wciąż poszukując różnic a nie wspólnych, łączących nas cech.
    Wlewki doodbytnicze, można i tak. Pomyślał i przypomniał mu się czas, gdy być może, mogło i z nim tak właśnie, się stać.
    Kiedyś bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze przed pierwszą swoją terapią dostał na ulicy, dobre baty. Obudził się w szpitalu gdzie leżąc na kozetce, kosmicznego wręcz nie miał pojęcia skąd się tu wziął. Na zadane pielęgniarce pytanie, co się stało? otrzymał odpowiedz, której wolałby nie słyszeć.
    -ciesz się pan, że pan żyjesz....
    Próbował bezskutecznie odtworzyć poprzedni, miniony czas. Jakaś knajpa, obiad na którym wraz ze wspólnikiem, wspólnie opijali odniesione ostatnio sukcesy.
    Jakieś kobiety, rozmowy, jedzenie, picie, lecz było go znacznie mniej niż zwykle przy okazjach, takich jak ta. Wychodzą, oddaje kluczyki od samochodu do szatni.
    Czemu? nawet nie wiedząc, i nie pamiętając po cóż, gdyż od lat przemieszcza się samochodem, będąc pijany. Opuszczają lokal, wychodzą, drzwi się za nimi zamykają i wybacz bracie, więcej grzechów nie pamięta.
    Budzi się dopiero tu, nie pamiętając nic i widząc rurki z kroplówkami które trzymają go na łóżku. Pielęgniarka wychodzi a on wyrywa wszystko co łączy go ze szpitalem i słaniając się na nogach instynktownie kieruję się w stronę wyjścia,
    Dostrzega jak za szkłem parą pokrytym, przerażone oczy mijanych przez niego pacjentów dziwiąc się, co ich wzrok tak śmiertelnie wystraszyło?
    Wychodzi w końcu na zewnątrz i prosi taryfiarza aby go jak najszybciej zabrał do domu, ma problem i dopiero w znalezionym w kieszeni dowodzie z trudem odczytuje zapomniany adres. Podwozi pod samą bramę, zostawia dowód osobisty prosząc taryfiarza aby wrócił wieczorem i odebrał za kurs należne mu pieniądze, i on tak też robi.
    Na czworaka, wchodzi na piętra, modląc się aby być już w domu. Pod drzwiami z przerażeniem stwierdza, że zabrali mu także klucze od mieszkania.
    Wchodzi na siłę, nie mając już sił wcale, staje na wprost korytarzowego lustra i widząc obraz mu we szkle  wyświetlany. wyje z rozpaczy.
    W miejscu swojej twarzy ma jeden wielki, kolorytem wymieszanych farb fioletu, brązu, czerni i czerwieni bezkształtny, spuchnięty potwornie, zniekształcony mordobiciem własny ryj. Od razu rozumie przerażone oczy mijanych przez niego korytarzowych, przypadkowo stojących ludzi.
    - Niech się pan cieszy, że pan żyje..
    Boże czemu? i z czego miałby się niby cieszyć?
    Chciał z rozbiegu na główkę skoczyć do toalety, spuścić wodę i skrócić w ten dziwny sposób, swój wieczny w tym wszystkim dziwny los. Łeb jednak miał tak spuchnięty i wielki, że nie zmieściłby się nawet i tam.
    Nie tylko obraz zewnętrzny uległ zniekształceniu gdyż tak samo wyglądało wnętrze, całej jego jamy ustnej, jeden wielki klops i wszędzie pogruchotana, żywa, nie zabezpieczona niczym oddychająca zimnym tlenem naga tkanka.
    Ból nadszedł wieczorem, dopiero jak minął mu szok poporodowy.
    Po trzech dniach już pił nie mogąc wytrzymać i dogadać się ze samym, sobą. Wlewając wprost na żywe mięso, wyjąc z bólu łykał to, co na tamten czas, było jedynym pozwalającym mu trochę się chociażby wyciszyć, trochę odpocząć i lekko chociażby na chwilę o wszystkim pozapominać.
    Jakbym na tamten czas wiedział o wlewkach doodbytniczych, być może posunąłbym się i do tego? Nie mogę wprawdzie powiedzieć, że na pewno, ale nie mogę także twierdzić, że tego, nigdy bym nie uczynił. O mało mnie nie zabili, czy tak powinno wyglądać moje dno? Dziś się uśmiecham, gdyż musiałem bardzo dużo jeszcze przejść i przeżyć. Miałem uszkodzony błędnik i jeszcze bardzo długo przewracałem się bez powodu, ot tak fik i już, nie wiedząc jak i kiedy. Skończyło się na panoramie mózgu i z czasem samo przeszło, dziś się już nie przewracam.
    Był na drugiej już terapii, od ukończenia pierwszej minęło siedem długich lat. Po pierwszej nie pił kilkanaście miesięcy, trzy gdy pracował w Niemczech, resztę tego czasu po prostu przepijając.
    Zaprogramował się już na stałe, wykuwając w swoim wnętrzu ,,żelazny styl,, z którym jeszcze ciężej było zarówno jemu, jak i wszystkim tym, w około niego zgromadzonym, żyć. Przez ten cały czas wybitnie się udoskonalał, z każdym dniem niezauważalnie się zmieniając i stając się coraz mniej nadającym do jakiejkolwiek już naprawy. Przerosło go, otaczając  ze wszystkich możliwych stron, dusiło nie pozwalało mu się zastanowić, zatrzymać, odpocząć, zacząć żyć.