komudzwonia.pl

czwartek, 12 stycznia 2017

Obrona konieczna



Obrona konieczna



    W pociągu pusto i w przedziale jedzie sam, dobrze, gdyż ani mu w głowie żadne Polaków pomiędzy sobą rozmawianie, ani też usilne wbrew sobie budowanie i tak nie trzymających się kupy, niepotrzebnych nikomu zdań.
    Na kolejnej stacji dosiada się do niego gość, który od samych drzwi wnętrze jego dokładnie zagotował. Uchylił je, pytając tylko czy może, a jak raz na niego spojrzał, już oczu od niego oderwać nie potrafił.
    Miał w oczach swoich coś, czego on od zawsze u siebie na darmo poszukiwał, mieszkał w nich spokój, widać w nich było wszystko, była w nich zarówno równowaga, jak i całego świata tego czysta toń.
    Za oknem więc poszukując jakichkolwiek widoków, za wszelką cenę oderwać pragnie od niego nieposłuszny wzrok. Na buty jego i na trzymaną w ręku starannie zwiniętą gazetę, na pakunki których parę miał, wszędzie i na wszystko, by po chwili na powrót i znów złapać się na tym, że w jego gały bez opamiętania wgapiony jak zwykły baran ponownie jest.
    Boże, co też on może sobie o nim pomyśleć, obijało się mu po łbie.
    Poprzez przypadek będzie pewny i jego, typowego hetero, odbierze, lub co gorsza już odbiera jako sztancowego osobnika homo. Wpadł w panikę jeszcze bardziej niż dotąd, będąc pogubionym, a nie mając kompletnie recepty na wyjście z tego dziwnego jakże impasu, aż ze wstydu spocił się. Facet już nie na żarty patrzy na niego bardzo podejrzliwie, nie rozumiejąc zapewne, czemu nieustannie wciąż na czubku świecznika jest.
    W końcu przełamany lub, co bliższe, nie mający innego wyjścia, zaczyna bełkotać coś pod nosem. Trochę ze składem, a więcej wbrew temu wszystkiemu, co znał, powiedział o jego oczach i ich na niego niesamowitym wprost wpływie. Przepraszam, kończąc tak, aby go chyba swoim bezsensownym jąkaniem nie zezłościć lub też aby go, Boże chroń, nie przestraszyć.
    Gościu, jak się wnet okazało, nie z jednego pieca chleb już jadł i chociaż z początku troszeczkę powoli, wkrótce rozkręcił się jak śmigająca z balkonu trzeciego piętra ku ziemi donica.
    Okazało się, że był on mistrzem w jednolitą całość połączonych kilku wschodnich sztuk walki. Był jakby guru i kimś, z kogo można było, gdyż należało, przykład dobry brać. Jego oczy, gdy opowiadał, zaiskrzyły. Widać było, że to jego pasja, jego życie całe i jego niesamowicie bezcenny, boski wręcz skarb. Zaskoczył tak, że nawet  wkraczać mu było, swoimi głupimi bzdetami, pomiędzy jego niesamowicie przepięknie ułożone kwiatów bukiety, po prostu wstyd.
    Mówił o obronie koniecznej, mówił o ataku i cienkiej niesamowicie linii odróżniającej jedno od drugiego. Mówił o skupieniu i wiecznej obserwacji zamierzeń przeciwnika, o pewnym, skutecznie odpowiednim wyprzedzeniu, pozwalającym w pełni zaskoczyć i pokonać go raz, dwa. Na  rozmowie, a raczej na tym ciekawym monologu szybko przeleciał mu podróży czas.
    Wysiadając, ciepło się ze swoim rozmówcą pożegnał, mówiąc od wieków całych nie używane przez niego słowo, dziękuję. Zapytany dokąd zmierza, zgodnie z prawdą odpowiedział, że...
    - Do swoich.
    Chciałbym, chociaż w życiu swoim jeszcze raz, spotkać go. Porozmawiać i popatrzeć na niego, jakże podobnymi, spokojnymi i normalnymi oczami, które mam już dziś. Wymienić wspólne lustrzane doświadczenia z dziedziny obrony koniecznej, którą zarówno gość jak i ja stosowaliśmy od wielu, wielu lat.
    Cienkiej niesamowicie linii którą on od startu dostrzegał, a o której istnieniu ja dowiedziałem się dopiero z jego ust.
    Dziś bym tak chciał, dziś już bym tak mógł.
    Moglibyśmy wspólnie przegadać wiele dni. Moglibyśmy się być może nawet za kumplować.
    Jakże jednak smutno wyglądałoby nasze pożegnanie, gdyż on po wymianie doświadczeń tych odszedłby niezmiennie jako mistrz wschodnich sztuk walki, mnie nazywając i słusznie tyranem, bandytą, a być może i bydlakiem.
    Mówilibyśmy o tym samym, rozmawiając o całkowicie powielaczem malowanych podwójnie sprawach. On stosował je jednak tylko na macie, wyłącznie w stosunku do swoich przeciwników, ja wszędzie, gdzie tylko się pojawiłem, zawsze o każdej porze dnia i nocy, w kierunku każdego z osobna i wszystkich zgromadzonych razem.
    Jakże musiałem być tym wszystkim już zmęczony, wykończony wiecznym i nigdy nie kończącym się oczekiwaniem nadchodzącego w moją stronę ataku. Jakże wieczną obserwacją wypalone oczy musiałem już mieć, mózg jakże zniekształcony ciągłym planowaniem kolejnych przedsięwzięć chroniących mnie, przede mną, jak się okazało, za parę zaledwie już lat, samym.