komudzwonia.pl

czwartek, 12 stycznia 2017

Szczecin


Szczecin

     Mieszkam w jednym z dwóch najpiękniejszych, moim zdaniem, Polskich miast, Szczecinie.
     Tutaj się urodziłem, tutaj dorastałem i mam nadzieję, że tutaj kiedyś umrę. Tym drugim jest, także tylko moim zdaniem, Wrocław, i jeżeli kiedykolwiek musiałbym zmienić miejsce swojego zamieszkania zapewne tam właśnie bym się udał.
     Zrobiłbym tak nie z uwagi na podobne tu i tam rozwiązania architektoniczne, ani też na przepływającą tu i tam rzekę Odrę, ale z uwagi na bliźniaczo podobny kształt ludzkich dusz, charakteryzujący ludzi zarówno tu, jak i tam mieszkających. Korzystając z okazji, pozdrawiam serdecznie cały Wrocław.
     Szczęście wielkie mam mieszkając w tak dużym mieście, gdyż tylko w takim posiadam możliwości, jakich nie mają inni z Was. Mogę, i robiąc to chętnie, przebieram w odbywających się tutaj mitingach, wybierając nie tylko takie z uwagi na moje wolne dni, lecz także na pojawiającą się niezagospodarowaną, znalezioną przypadkiem, niepotrzebną, zbyteczną jakby mi w tej chwili godzinę. Mam parę, chyba jak każdy, ulubionych grup, wchodzę jak do siebie, poruszam się jak u siebie, wszyscy mnie tu znają i ja znam każdego z nich.
     Prawie wszystkie mitingi odbywają na terenach przykościelnych parafii i chociaż wciąż daleko mi do Boga, jakkolwiek bym go nie pojmował, i jeszcze dalej mi do kościelnych władz, to jestem wdzięczny za użyczanie schronienia i wynajmowanie sal, w których możemy się raz na jakiś czas spokojnie ze sobą spotkać, zobaczyć i porozmawiać.
     Aby nastało pełne oświecenie zaznaczyć muszę, chcę, że moje częste nadmienianie o mitingach i ludziach tam zgromadzonych nie ma nic wspólnego z ruchem i zasadami AA. Przywołuję sytuacje, które tam zaistniały i miały wpływ na mój dzisiejszy kształt, oraz ludzi, dzięki którym dziś jest ze mną tak jak jest. Nie reklamuję czegoś, czego reklamować nie trzeba, gdyż i tak świetnie funkcjonuje, nie podpinam siebie także pod ten ruch, gdyż dziś nie muszę i nie chcę się pod nikim i pod niczym swoim pismem już podpisywać Nie namawiam, abyś tam poszedł, gdyż jak nie chcesz to i tak tam nie pójdziesz. Piszę o sobie, swoim życiu, miejscach, w których jestem, a że jestem często i tam, więc trudno byłoby mi o tym nie wspominać. Będę także pisał tutaj o terapiach, nie po to aby je negować lub też chwalić, lecz dlatego, że na nich byłem. Terapeutach i terapeutkach nie po to, aby ośmieszyć ich, czy też wynosić pod niebiosa tylko dlatego, że na swojej drodze spotkałem wielu z nich. O grupach wsparcia i wszystkim tym, co dotyczyło i dotyczy mnie. Wszystko, o czym czytasz jest tylko moim spojrzeniem i moim zdaniem.
     Mogę się mylić, nie piję alkoholu dopiero od trzech lat.

Trochę o mnie


Trochę o mnie

     Jak już pisałem, mam pięćdziesiąt sześć lat, z czego ponad trzydzieści przepiłem. Na pytania, czemu? jak? dlaczego? nie szukam odpowiedzi. Jestem pewny, że było tak, jak być miało i że tak właśnie wyglądać miał całego mojego życia bieg.
     Na imię mam Krzysztof i możecie być pewni, że nigdy tego nie planowałem, że nie chciałem ani takim się stać, ani także takim być.
     Dziś na świat patrzę innymi oczami, dziś tak mam. Jestem pewny po raz wtóry i na stałe już, że gdybym tam sobie nie po przebywał, nie pooddychał tamtym powietrzem, nigdy nie miałbym nawet najmniejszych szans, aby widzieć tak dokładnie, tak prawdziwie i tak rzetelnie, jak oglądam wszystko co mnie otacza dziś. 
     Od trzech lat nie śmierdzi ode mnie alkoholem, od prawie ośmiu zmieniam się z każdym mijającym dniem, a jednak czasami, wbrew jakby swojej woli, zadziałam automatycznie tak samo, jak działałem przez cały ten miniony, już całe szczęście, czas.
     Do otworzenia tego bloga przygotowywałem się ponad osiem lat, ucząc się wszystkiego od podstaw, od początku, od zera. Jestem prostym człowiekiem i nie znajdziesz tutaj fachowych nazw, nie będzie tu także recepty na wychodzenie z tego dziwnego uzależnienia, nie znajdziesz tu także żadnych rad. Znajdziesz tu bez trudu za to błędy ortograficzne, stylistyczne, interpunkcyjne i wiele innych, których nawet w swojej prostocie prawidłowo ponazywać nie potrafię.
     Przepraszam.
     Opiszę wszystko to, co w moim wnętrzu mieszkało, jak również i to z czym nadal, jeszcze dziś, trudno czasami jest mi żyć. Wszystko, o czym piszę, przeżyłem, wszystko czułem na własnej skórze i wszędzie tam osobiście przebywałem.
     Dlaczego blog? Gdyż tylko na nim będę miał stały kontakt z czytającymi, którzy mogą podpowiedzieć mi w jaki sposób pisać tak, abym był w pełni zrozumiany. Poprawić lub wytłumaczyć to, w czym tkwi jakaś dla nich niewiadoma i zrobić z tego naprawdę coś dużego, najlepszy blog z tego tematu. Jestem alkoholikiem i najlepsze nadal dla mnie lepiej brzmi niż drugie czy trzecie, puste to? Zapewne, lecz blogów o alkoholizmie wciąż jest za mało, a w ten sposób chyba nie próbował jeszcze nikt.
     Dlaczego nie książka? Nie chcę być posądzony, nie chcę o nic już być posądzony, a zwłaszcza o to, że na chorobie tej chcę złotych dukatów sobie na stukać. Tak będzie lepiej, tak powinno być, tak jest w sam raz.
     To bardzo ciężkie dla mnie wyzwanie, trudno napisać coś o sobie, kolosalnie trudno jest napisać o sobie wszystko.
     Po kawałku więc będę wklejał to, co już w całości mam skończone, śledził co na temat tego sądzicie, poprawiał, rozpisywał, skracał i wklejał kolejne. Całość będzie zakończeniem pewnego etapu mojego życia, nadaniem sensu bezsensownym, wydawało mi się, poczynaniom, prowadzącym mnie z początku do totalnego upodlenia, a w efekcie do człowieczeństwa, o którym zwykły człowiek, w prostej zabudowie swojej, pomarzyć nawet nie ma szans. Bo i niby o czym?
     Urodzić się jako człowiek, żyć jako człowiek i umrzeć jako człowiek to szczyt człowieczeństwa, lecz tak może wielu. Urodzić się jako człowiek, stać się bydlakiem, jak bydlak żyć i odejść stąd człowieczy to szczytowanie, przy którym poprzedni szczyt wygląda, uwierzcie mi, zaledwie jak lichy pagórek...
     Dlaczego partnerka? Gdyż to w jej, a nie w moich dłoniach znajduje się kluczyk do zmian i tylko ona, a nie ja, miała na początkowe moje przemiany pełny wpływ. Tylko ona widzi to, o czym ja nie mam zielonego nawet pojęcia.
     Dlaczego dziś? Gdyż minęły mi trzy lata abstynencji, trzy lepiej brzmi niż dwa czy rok, jestem trochę wyższy, jakkolwiek to brzmi. Być może pięciu nie dożyję, więc jest to jak najbardziej odpowiedni na to czas.
     Nikomu, aby zaświeciło pełne słońce, niczego nie doradzam, nikogo nie oceniam, niczego nie insynuuję, piszę jak było, dlaczego było, jak było i z jakich powodów dziś już jest tak, jak jest. Nie udowadniam, że tylko taki końcowy kształt jest prawidłowy, lecz pokazać chcę, że z kształtem takim spokojniej można i lepiej żyć.
     Lepiej i spokojniej oczywiście moim tylko zdaniem.
     Nie pragnę nieść pomocy, sam takiej wciąż potrzebując i ciągle takowej dla siebie szukając.
     Poraniłem w swoim życiu mnóstwo ludzi, miło mi jest wszystkim im, w ten jakże dziwny dla mnie sposób, przekazać dwa bardzo ważne dziś dla mnie słowa.
     Przepraszam, wybaczcie.

Betonowe buciki


Betonowe buciki

    Zaledwie rok później jechałem do ojca, który po rozwodzie zamieszkał ze swoją nową żoną nad zalewem. W tamtym czasie choroba alkoholowa jeszcze tkwiła w powijakach i o ludziach nią owiniętych mówiono raczej, że alkohol po prostu lubią pić, niż aby był on dla nich problemem. Mój tata także do grupy ludzi takich należał, lubił wypić i wszystko, i tylko tyle. Nie był przemocowcem, bydlakiem, tyranem, tylko lubił i już. Odbierał mnie z dworca na którym powiedział.
    - Synek, ja już wódki nie piję.
    Uwierzyłem mu, zawsze mu wierzyłem. Był dla mnie autorytetem, kochałem go, był bogiem moim i kimś, komu nie wierzyć po prostu nie przystawało. Cieszyłem się, sam prawdę mówiąc nie wiedząc z czego, gdyż co prawda pił, lecz pomiędzy nami z tego powodu nic nie kolidowało. Rankiem, stojąc w drzwiach kuchni, z zaciekawieniem przyglądałem się temu, co sobie nalewa. Sto gram spirytusem zalanego korzenia z pokrzywy, sto następne, tylko że z czarcim żebrem i trzecie sto, tylko że już nie pamiętam nawet z czym. Trzy razy po sto gram spirytusu, lecz nie o alkohol mu się przecież w tym wszystkim rozchodziło, tylko o dodatki, o walorach których bezustannie nalewając sobie mi donosił. Był inteligentnym człowiekiem, mądrym facetem, miałem szesnaście lat i już wiedziałem, że nie należy nawet pytać go, co tutaj jest grane? Miał to już, potrafił tak sobie to wytłumaczyć, aby alkoholu w tym wszystkim nie widzieć. Tu jest alkoholizm, i jakby na niego nie popatrzeć wywodzi się, podpiera się na sztuce. Sztuką niemałą jest w pełni nielogiczne zachowanie przerobić w głowie tak, aby logicznym się stając, pozwoliło nadal w pełnej zgodzie ze samym sobą alkohol nam pić. Potrzebny jest nam jeszcze poklask ze strony otaczających nas klakierów i wszystko nadal jest ok. Ja nie zareagowałem, był moim ojcem rozszedł się z mamą i bałem się odrzucenia. Jego żona nie reagowała jeszcze, albo nie reagowała już, a zresztą jak można zarzucić komuś brak logiki, gdy ma się poważna nadwagę, wciąż czekoladki się żre i ciągle uważa za szczuplutką. I tak to się kręci.
    Mój tata nie żyje, przeżył pięćdziesiąt pięć lat i jeden dzień. Odchodząc stąd w pełni był człowieczy i jak sprzątam jego grób zawsze mu o tym przypominam. Wczoraj skończyłem pięćdziesiąt sześć i już o rok go przeskoczyłem. To niewiarygodne, gdyż nigdy nie przypuszczałem nawet, że trwało to będzie aż tak długo. Piszę o tym nie oczekując kart kondolencyjnych oraz współczucia, że dożyłem aż tak starczego wieku. Wspominam o tym, gdyż zakrawa to na prawdziwy cud. Bardzo się starałem, aby do tego nigdy nie doszło, lecz jeżeli doszło już, nie zamierzam nikogo z tego powodu także przepraszać. Przeskoczyłem go nie tylko w tym, człowieczeństwo swoje, przeszkadzające mi w dalszym rozwoju, kolejnych zamianach nielogicznych na w pełni wytłumaczalne zachowania, w całości wyrzucając na śmietnik.
    Alkoholik nigdy nie uderzy żony, gdyż jest przemocowcem, tyranem, bydlakiem czy złym człowiekiem, nie zobaczy tego, tak jak wyżej nie widzi już alkoholu.
    Nie skarci, nie nakrzyczy, nie zdeformuje dzieciaków gdyż jest przemocowcem, tyranem, bydlakiem czy złym człowiekiem, nie zobaczy tego, tak jak wyżej nie widzi już alkoholu.
    Nie kopnie w dupę psa, gdyż jak wyżej. Tylko z tego powodu, że ten robi mu na złość i nie idzie tak jak powinien, kupy nie robi w czasie i miejscu, które on uważa za najbardziej odpowiednie, sika gdzie nie można. W lot go nie rozumie i jeszcze się, do niego nie uśmiecha.
    Nie naubliża sąsiadce, gdyż jak wyżej. Lecz gdyż ta wiecznie czepia się, wkłada nos w nie swoje sprawy i jeszcze pierdyknięta w czapkę jest. Szanuje ją, szanuje wszystkich ludzi.
    Nielogiczne? Logiczne, tylko trochę inaczej.
    Alkohol i zachowania pozwalające nadal go w zgodzie z samym sobą pić zrobiły swoje. Powstał pewien trwały, stały kształt i zaprzestanie picia wcale go a wcale nie zmieni.

Nocny furiat

    
Nocny furiat

     Miałem piętnaście lat i głowę pod sam sufit nafaszerowaną marzeniami i planami, które, byłem pewny, wszystkie zostaną spełnione.
    Rodzina, z uwagi na mój poważny wiek, wybrała mnie jako przedstawiciela, który załatwić ma świąteczną, jak najbardziej wyjątkową i piękną choinkę. Była jeszcze głęboka komuna i choinki, nie tak jak dziś, specjalnie popakowane, starannie poustawiane, wyselekcjonowane i umyte, stały wszędzie czekając na klienta, lecz sprzedawane były wprost z samochodu, skąd rzucano je w wyciągane jak najwyżej dłonie zebranego i walczącego ze sobą tłumu.
    Trzeba było dosłownie ją wyrwać i chyba słowo to stamtąd zostało przeniesione i wpisane we wszystkie słowniki, gdzie mieszka aż do dziś.
    Zadanie na mnie nałożone, chociaż nie łatwe, dodawało mi skrzydeł, sprawiło, że czułem się jakby większy, wyższy i ważny jak nigdy jeszcze dotąd. Sprzedawano je na placu w centrum mojego miasta, w którym dziś stoi obcym kapitałem wybudowane przepiękne Galaxy.
    Chodziłem na kolejne dostawy wystawiając swoje dłonie najwyżej jak potrafiłem, lecz stając nawet na palcach, daleko odbiegałem wzrostem od wszystkich tych krwiożerczych, wrogich i wokoło mnie zgromadzonych. Mijały kolejne dni, a ja wciąż wracałem do domu bez niczego, kolejny raz pokonany, wyprzedzony, przechytrzony lub zrobiony po prostu w wała.
    Kilkakrotnie miałem już ją w swoich rękach, trzymałem mocno lecz moje dłonie były jeszcze tak słabe, tak liche i tam mało stanowcze, że wystarczyło zaledwie jedno szarpnięcie, bym na powrót stał jak nikt i jak nic, patrzył ze zdziwieniem, że coś, co wydawało się być już moje, moim po raz kolejny nie było.
    Wciąż pamiętam pomysły które samoistnie pojawiać zaczynały się w mojej głowie, rozmyślałem o wysokiej skrzynce, o szczudłach lub sprężynach, które dodawały mi wzrostu, i trochę chociaż wyrównywałyby moje mizerne jakże szanse.
    Mróz nie odpuszczał, a ciągłe opady śniegu malowały niesamowicie piękną, chociaż mroźną i nieprzyjazną zimę. Zimę jak zresztą każda, którą pamiętam z tamtych minionych już dawno lat. Dziś wiem, jakim byłem szczęściarzem, moja córka zimy takiej już u nas nie zobaczy i z uwagi na globalne ocieplenie nie ma na to żadnych szans. Na każdym podwórku lodowisko, na wszystkich zamki budowane ze śniegu służące nam jako fortece, bunkry i inne bezpieczne przed atakującymi nas schronienia.
    Święta zbliżały się galopem, a narożnik pokoju, w którym powinna ona już dawno stać, nadal świecił pustką.
    Trzeciego dnia, nie wiadomo z jakiej przyczyny, choinek nie było. Właściciele zapewniali wprawdzie, że zaraz je przywiozą, lecz robiło się późno a ich wciąż na placu było brak. Stałem. Uparłem się, i poza mijającym czasem nie traciłem przecież nic. Było bardzo zimno, ciemno, nieprzyjemnie i źle, stali i inni, lecz ku mojej radosze było ich znacznie niż poprzednio, niż zawsze, mniej. W końcu, około pierwszej w nocy, przyjechali, przywieźli całą furę i wskakując na jej górę zaczęli rzucać choinkami na prawo i lewo.
    Sama wpadła mi w dłonie, złapałem mocno jak nigdy przedtem za dolne najgrubsze jej gałęzie i mocno pociągnąłem w swoją stronę. Nie czując oporu szarpnąłem jeszcze raz i ciągnąc wciąż, powoli zacząłem wychodzić poza nadal walczący ze sobą tłum. Stanąłem z boku i nie mogąc w to uwierzyć oglądałem ją ze wszystkich możliwych stron. Była piękna, zielona i pachniała lasem, przewyższając zarówno w pionie jak i w poziomie wszystkie moje na jej temat najśmielsze wyobrażenia.
    Byłem dumny jak dotąd nikt i trzymanym na taką ewentualność sznurkiem fachowo, na tyle na ile tylko potrafiłem, poobwiązywałem ją wokoło. Zapłaciłem i w końcu wyszedłem.
    Szczęśliwy ale i wykończony patrzyłem w głąb szczecińskich pustych o tej godzinie ulic, były tajemnicze, jakby nieme, nieznajome jakby i takie jakbym nigdy przedtem jeszcze ich nie widział. Spietrany, że w domu dostanę w łeb, postanowiłem przyspieszyć i pojechać do niego tramwajem. Nawet długo nie czekałem, szybko wgramoliłem się do środka ciągnąc za sobą swój jakże dla mnie cenny skarb. Wsiadłem do drugiego wagonu i z zadowoleniem spostrzegłem, że jestem, że jadę w nim sam. Choinkę położyłem na podłodze pomiędzy siedzeniami, wygodnie się rozsiadając i prostując cierpiące od długiego stania nogi. Jadę z zadowoleniem patrząc na migające tuż za oknami obrazy, kątem oka podziwiając to, co leżało na podłodze i ciesząc się jak dzieciak, którym przecież wciąż w tamten czas jeszcze byłem.
    Na następnym przystanku do wagonu wtoczył się pijany w trupa typ, od progu już bluzgając, że na jego drodze leży coś, co utrudnia i tak ciężkie dla niego dziś się przemieszczanie. Psioczył na mój temat i nawet moje tłumaczenia, moje przeprosiny nie zmieniły potoku złowieszczo pod sufitem wiszących nagle słów.
    Zrobiło się nieswojo, niewygodnie i źle, na następnym wysiadam, pomyślałem, być może tylko tak, aby dodać sobie samemu otuchy. Przestaję się tłumaczyć i niepotrzebnie przepraszać, gdyż odnosi to odmienny od zamierzonego przeze mnie  skutek, siedzę wtulony w siebie, będąc pewnym, że w ten sposób zrobiło mnie się jakby tak nagle całe szczęście mniej. Dojeżdżam, tramwaj w końcu się zatrzymuje, łapię za pień i chce jak najszybciej z niego wyjść, ciągnę z całych sił, ale nie idzie. Pewny że gdzieś się zaklinowała obróciłem głowę i zbaraniałem, widzę że współtowarzysz trzyma jej drugi koniec i mocno szarpie w swoim kierunku. Ciągnę więc mocniej, mając nadzieję, że to tylko jakiś głupi żart, że puści, że wszystko się lada chwila skończy i będę się z tego wszystkiego jeszcze śmiał...
    Tramwaj rusza i z przerażeniem widzę, jak mija mój przystanek, oczom swoim nie wierzę nie mając pojęcia, co się tutaj wyrabia? Potwór wrzeszczy i używa słów, których nigdy jeszcze dotąd nie słyszałem, straszy i pokazuje, co też ze mną zrobi, jak tylko chociaż na chwilę dopadną mnie jego wielkie jak dwa bochny wiejskiego chleba, potężne dłonie.
    Tramwaj pędzi, a w środku istny pat, nie puszczam, gdyż puścić przecież nie mogę, nie chcę i nie mam najmniejszego zamiaru, aby zrobić tak. Nie rozumiem, gubię się, boję się, bojąc się tak potwornie, aż skali strachu brak. Bezpieczny tylko na tyle, na ile choinka mnie od niego osłania i świadomy tego, że jak zasłona zniknie, na chwilę mnie chociażby odsłaniając, w przeciągu sekundy zaledwie zginę. W oczach mojego prześladowcy widać, że nie żartuje, a w słowach jego czuć, iż nie odpuści, jestem bezsilny, poważnie zagrożony i nijaki, czuję, że nie mam żadnych, jakichkolwiek, najmniejszych nawet szans.
    Oczami swoimi poszukuję skądkolwiek jakiejkolwiek, najmniejszej chociażby iskierki pomocy, nic tylko zewnętrzny pęd i wewnętrznie rosnące wciąż przerażenie. Naprzeciw wpatrzone dziwnie, pełne szaleństwa, jakby przekrwione nienawiścią oczy, pewne swojej siły, swojej bezczelności i swojej nade mną miażdżącej potwornie mnie przewagi,
    Zbieram resztki sił i gdy dojeżdżam do następnego przystanku ciągnę ze wszystkich sił, oczy z wysiłku mi na wierzch wychodzą, lecz zaparte porządnie bydlę tylko się do mnie szyderczo uśmiecha. W pełni już zdesperowany zmieniam kierunek i teraz to ja w jego stronę bezwiedną całej akcji choinką zaczynam nacierać. Bydlak zbaraniał i to, chyba, mnie uratowało?
    Zaskoczony obrotem sprawy i kierunkiem natarcia traci równowagę, a chcąc ją na powrót przywołać, puszcza czubek od wieków, mi się zdawało, trzymanej choinki. Jednym zaledwie skokiem jestem już w drzwiach wagonu, ciągnę tuż za sobą nie stawiający już żadnych oporów dobytek i wyskakuję na zewnątrz.
    Biegnę, biegnę tak, że ustalam, biję chyba wszystkie nowe olimpijskie rekordy. Biegnę, wcale a wcale się za siebie nie oglądając, a nie słysząc tupotu nóg jest mi lżej, spokojniej jakby, gdyż nie jestem przez niego goniony.
    Nagle docierać zaczyna do uszu moich potworny, z bydlęcej jakby, a nie z człowieczej krtani wydobywający się ryk.
    Ludzie pomocy! Ludzie ratunku! Złodziej! Łapać złodzieja!
    Milicja, ludzie, ukradł mi choinkę!
    Ulica pusta, nocny spokojny, śpiący, niemy jakby czas, echo odbijane od ścian wali takim rykiem, że setnie dubluje ten dziwnym, bijący, skowyczący wrzask. Gubię się po raz kolejny, nie wiedząc wcale, co się tutaj wokoło mnie wyrabia?
    Biegnę, nagle tracąc pewność kto, komu chciał zrobić prawdziwe kuku? Biegnę wzdłuż znajdującej się tutaj komendy milicji, powoli sam będąc przekonany, że to ja jestem prawdziwym sprawcą kradzieży. Po raz kolejny czuję przerażenie.
    Ten skowyt rannego śmiertelnie zwierzęcia, ten ryk konającego w męczarniach bydlęcia obudzi wnet śpiących na pryczach zomowców i nim zdążę się wytłumaczyć, rozpłakać z rozpaczy, będę, być może na zawsze już, na amen już, być może na śmierć już spałowany.
    Jego wycie, ten nieludzki skowyt, ten bólu pełen ryk pamiętam jeszcze do dziś. Nawet jakbym bardzo tego chciał, nie potrafiłbym znaleźć odpowiednich słów, aby w całej pełni opisać jego dziwne, gdyż nie ludzkie aż w swoim brzmieniu, ujadanie.
    Do domu wbiegłem bordowy, z tętnem sięgającym poziomem samych gwiazd, choinkę postawiłem w przedpokoju i bez duszy siadłem w wolnym o tej porze już fotelu. Zgromadzili się wokoło zachwalając choinkę i pod niebiosa wynosząc moją wielką samodzielność.
    Zadawali pytania, jeden przez drugiego wyczekując odpowiedzi, a ja chciałem im zdać szybko relację, lecz nie potrafiłem wydobyć z siebie jednego chociażby słowa. Siedząc tak, dysząc tak, sapiąc tak jak zwierz i chcąc to wszystko z siebie wywalić, zapomniałem, przerażony, jak to robi się.
    Zrobili mi herbatę, dali jakieś kanapki i prosili, abym zjadł, piłem łapczywie biegiem i przeżyciami swoimi zmęczony, ale nie mogłem nic jeść.
    W końcu, jako tako wypoziomowany, powoli i z mozołem opisałem im wszystko, co mnie w przeciągu ostatnich zaledwie dwudziestu minut spotkało. Mówiłem jąkając się, miałem tak już od ósmego roku życia i jeszcze nawet dziś, w sytuacjach kryzysowych i takich, podczas których zostaje postawiony tak jakby pod ścianą, jąkanie powraca, będąc stałą moich szczenięcych przeżyć pamiątką.
    To nie tak, abym jego o cokolwiek obwiniał, o cokolwiek pretensje do niego miał, zjawił się znikąd i przez chwilę był wypełnieniem zaledwie ułamka jednego mojego życiowego dnia. Taka widać była jego rola i miał on mi się w ten, a nie inny sposób pokazać.
    Na drugi dzień dziewczyny ubrały choinkę i chociaż wszyscy bez wyjątku ją zachwalali, dla mnie w przeciągu tamtych wiecznych, wydawało mi się, chwil, straciła jakikolwiek urok i cały swój zewnętrzny i wewnętrzny czar. Była i już, a następnego roku na moją wyraźną prośbę kupiliśmy sztuczną i ta, jakże blada, choinkowa podróba służyła nam jeszcze przez parę kolejnych, mniej pachnących, lecz wspaniałych, grudniowych świąt.
    Wspomniałem ten młodzieńczy horror, gdyż tak, a nie inaczej wyglądał mój kontakt z alkoholizmem i alkoholikiem.
    Skąd we mnie pewność, ze gość nim był? Czułem zapach? Był pijany? Używał wulgarnych słów? A może wyglądał na alkoholika?
    No właśnie, jak wygląda alkoholik?
    Zdaniem większości, czyli, jak byłem jeszcze nie tak dawno pewien, całego tego szarego, niepotrzebnego nikomu, beznadziejnego tłumu, spacerującego wciąż bez sensu po ulicach wszystkich światowych miast, alkoholik to ktoś osikany, bezdomny, brudny i śmierdzący. Arogancki, wulgarny, chamski i bezczelny, ktoś z kim najlepiej nie mieć nic wspólnego, na kogo należy uważać, kogo należy się wystrzegać, a nawet należy się go bać. Czy ktoś tego chce czy nie, tak właśnie postrzegany jest alkoholik w oczach normalnego społeczeństwa. Normalność, przez całe swoje życie byłem pewny, że jestem jedyną normalną istotą żyjącą na tym globie, zewsząd otoczoną przez samych idiotów, debili, cymbałów i palantów. Całe szczęście już mi przeszło i dziś całe szczęście inaczej już mam. Dziś szanuję każdego człowieka, bez względu na to jak wygląda. Ale nie o wygląd przecież chodzi.
    Ten z tramwaju miał we wnętrzu swoim, sztancą jakby na stałe już wydrukowane pewne zachowania, pewien sposób myślenia i zdecydowanego działania, które dziś mam we wnętrzu swoim i ja.
    Jestem pewien, że jeżeli nie dokonał zmian, odchodząc stąd pełny mógł być przekonania, że to ja jemu choinkę w tamten dzień ukradłem. Magia?
    Żadna magia, żadne czary, to alkoholowy mózg i kształt, o którym na tym blogu będzie wiele.